„The young ones are the best ones” – nie, to nie cytat z „Lolity” Nabokova, ale tytuł wewnętrznego, firmowego dokumentu Mety, który został upubliczniony podczas zakończonego właśnie w Oakland, największego jak dotąd procesu przeciwko VLOP-owi[I].
Po przegranych w tym roku procesach w Kalifornii i Nowym Meksyku, Meta po raz kolejny odpowiadała na zarzuty dotyczące szkodliwego wpływu jej produktów cyfrowych na młodych użytkowników. Pozew zbiorowy, któremu przewodziły Kalifornia, Kolorado, Kentucky i New Jersey, reprezentujące szeroką koalicję 29 stanów, opierał się na wspólnym śledztwie dotyczącym faktycznych praktyk stosowanych przez Metę do ochrony bezpieczeństwa nieletnich. Prokuratorzy stanowi jasno: firma celowo stosowała w swoich aplikacjach mechanizmy, które miały na celu uzależnianie dzieci, cynicznie wykorzystywała ich słabości dla korporacyjnych zysków oraz zatajała posiadane informacje na temat szkodliwości tej technologii w kontekście zdrowia psychicznego małoletnich.
26 sierpnia, po zaledwie tygodniu przesłuchań, ku zdumieniu ekspertów, Meta postanowiła zakończyć proces ugodą – być może po to, aby uniknąć kolejnego dnia przesłuchań świadków, które jednoznacznie pogrążyły wizerunkowo kierownictwo firmy i obnażyły prawdziwe motywacje jej właściciela.
„Po prostu nie można ufać Markowi Zuckerbergowi w sprawie dzieci”*
*Te słowa usłyszeli przysięgli i sędzia z ust Arturo Bejara, pierwszego świadka oskarżenia, w drugim dniu procesu. Bejar przywołał swoje wieloletnie doświadczenie pracy na kierowniczym stanowisku w Meta oraz odnosił się do udokumentowanej komunikacji wewnętrznej z kierownictwem firmy, w której wielokrotnie podnosił temat zaniedbań w zakresie bezpieczeństwa dzieci i proponował konkretne – nigdy nie wdrożone – rozwiązania.
Bejar określił wprowadzane w Instagramie zabezpieczenia jako „zaprojektowane, tak, by nie działały”, a publikowane oficjalnie przez firmę statystyki dotyczące występowania drastycznych treści na platformie – jako dramatycznie zaniżone. W zeznaniach powołał się na wewnętrzne zestawienia Mety, według których szkodliwy content występował w feedzie[II] nastolatków nawet do (sic!) czterystu razy częściej niż w podanej publicznie średniej.
W kolejce potencjalnie są tysiące podobnych pozwów, składanych zarówno przez oficjalne władze stanowe, jak i zwykłych obywateli, w tym także rodziny dzieci, które odebrały sobie życie w okolicznościach wskazujących na problematyczne użycie tzw. mediów społecznościowych, które de facto są platformami algorytmicznymi „sprzedającymi reklamy”, co przyznał w jednym z przesłuchań przed amerykańskim Senatem jeden z menadżerów Mety.
Podoba Ci się tekst, który czytasz? Chcesz być na bieżąco z naszymi publikacjami i wydarzeniami? Zapisz się na Newsletter ICO.
Proces w Oakland jest kolejną odsłoną nowej narracji na temat big techów, która powoli przenika do opinii publicznej. VLOP-y do tej pory zasłaniały się tarczą wolności słowa oraz zapisami w tzw. Section 230 z amerykańskiego Communications Decency Act z 1996 roku, które pozwalają wyłączyć platformy z odpowiedzialności za publikowane przez ich użytkowników treści. Poprzednie 2 wyroki zmieniają tę interpretację – zamiast skupiać się na konkretnych opublikowanych materiałach, badać ich szkodliwość i roztrząsać, kto ostatecznie ponosi odpowiedzialność za ich dystrybucję, przesuwają ciężar w stronę nieuczciwości modelu biznesowego, a także samej architektury aplikacji i stosowanych celowo, z rozmysłem funkcji, które wpływają negatywnie na samopoczucie użytkowników albo wręcz zagrażają ich bezpieczeństwu. Przedmiotem batalii sądowej stał się sam produkt cyfrowy oraz motywacje jego właścicieli – jak się okazuje dzięki upublicznionym przez sygnalistów dokumentom, do cna wyrachowane i obliczone jedynie na zysk.
Ile zer ma trylion dolarów?
Już wiemy, jakie są warunki finansowe ugody w procesie w Oakland: Meta zapłaci 16,7 mld dolarów.
Ta kwota, dla nas kosmiczna, jest jedynie maleńką komórką w excelu kosztów pobocznych Mety. Jednak w obliczu potencjalnych tysięcy pozwów w kolejce, Meta dokonała szybkiej kalkulacji, ogłaszając jeszcze przed rozpoczęciem procesu w Oakland, że szacuje prognozowane kary na poziomie 1,4 biliona dolarów – to tyle, na ile wycenia się rynkową wartość całej spółki. Wysokość tej kwoty miała zapewne zszokować i być może zsolidaryzować amerykańskie środowisko biznesowe i polityczne: oto firmie z tzw. Wielkiej Siódemki dzieje się krzywda!
Szala krzywd jest niestety przechylona na stronę dzieci, o czym zdają się wiedzieć sędziowie amerykańskiego sądu apelacyjnego, który odrzucił ostatnio złożony przez Metę, Google, TikTok i inne serwisy wniosek o immunitet od wszystkich kolejnych procesów. Nie od dziś wiadomo, że lobbyści big techów działają na rzecz tzw. „ Meta bill”, czyli ustawy, która wyłączy firmę spod odpowiedzialności cywilnej w odniesieniu do wszystkich przyszłych roszczeń związanych z dziećmi.
Meta pragnie immunitetu in blanco, a sekundują jej czołowe firmy tworzące systemy AI, które także stają w obliczu kolejnych pozwów ze strony rodziców dzieci skrzywdzonych w relacji z botami sztucznej inteligencji. Na celowniku mają KOSA, czyli projekt pierwszej federalnej ustawy chroniącej amerykańskie dzieci w internecie, zakładającej tzw. „ duty of care”, czyli takie projektowanie usług i produktów technologicznych, które priorytetyzuje dobro dzieci.
Tymczasem, jak usłyszeliśmy dobitnie podczas pierwszych dni przesłuchań świadków, dobro dzieci raczej nie jest dla Mety priorytetem ani w tym, ani w żadnym innym sezonie.
Co ma z tym wspólnego Rafał Brzoska?
Paradoksalnie – w odróżnieniu od amerykańskich dzieci, Rafał Brzoska, jako obywatel UE, powinien być z litery prawa, na mocy DSA, chroniony nie tylko przed różnymi negatywnymi skutkami działania VLOP-ów, ale też przed publikowaniem spamerskich reklam z jego wizerunkiem. Sęk w tym, że ustawa nie jest w Polsce wdrożona – zawetował ją w styczniu 2026 prezydent Karol Nawrocki.
Skutecznej ochrony nie daje też biznesmenowi prawomocny wyrok polskiego sądu sprzed 2 lat – przestępcze reklamy bezprawnie wykorzystujące jego wizerunek wciąż publikowane są na platformach Mety.
Polski przedsiębiorca 19 sierpnia br. w poście opulikowanym na swoich profilach na Facebooku, Instagramie i Linkedinie najpierw wskazał w internecie konkretnych pracowników z polskiego oddziału firmy, policzył co do złotówki, ile Meta zarabia na tym procederze, a następnie napisał petycję, w której wzywa, by nałożyć na VLOP-y 150% podatek od zysków z oszustw internetowych.
Takie publiczne zabranie głosu daje nadzieję, że jego słuszny gniew ściągnie naszą uwagę na jeden kluczowy aspekt tej sprawy: każdemu z nas może się to przydarzyć. Wizerunek nasz czy naszych dzieci, użyty w niecnym celu i niezgodnie z prawem, może trafić na platformę Mety jako materiał reklamowy, który zasila konto tej firmy i powiększa liczbę zer we wspomnianych trylionach. I na razie nic nie można z tym zrobić, zwłaszcza nie będąc Rafałem Brzoską, który jako doświadczony przedsiębiorca dysponuje odpowiednimi zasobami do pojedynku z VLOP-em.
Mark Zuckerberg patrzy w przyszłość, a my patrzmy mu na ręce
Daleko mi do nihilizmu – wręcz przeciwnie, czytając relacje z kolejnych dni procesu przeciw firmie Meta, czuję silny powiew wiatru, który wieje przez otwarte okno Overtona. Mam nadzieję, że ten podmuch nie tylko wywietrzy nasze głowy, ale wywróci utrwalony układ sił. A ten układ, mimo kilkuprocentowych spadków giganta na giełdzie, nadal ma się dobrze.
W sierpniu Zuckerberg zrobił coś, co robi rzadko – opublikował esej o epickim tytule: „Przyszłość jest dla wszystkich”. Jego rozmiar i styl szybko skłaniają czytelnika do skorzystania z pierwszego lepszego LLMa do podsumowania (niewiele stracicie). Szef Mety rysuje w nim optymistyczną wizję przyszłości, w której sztuczna inteligencja jest sprawiedliwie dystrybuowanym zasobem, pomagającym każdemu człowiekowi osiągnąć jej pełny potencjał.
Niech wszystkie czerwone flagi porwie wiatr zmian
Przyszłość z AI według Zuckerberga rysuje się podobnie różowo jak w początkach XX wieku nasza przyszłość z Facebookiem. To pierwsza czerwona flaga. Jest ich w tekście wiele, ale ja skupię się na tych, które powinny zostać porwane w pierwszej kolejności przez wiatr historii.
W tej wizji przyszłości, każdy z nas ma mieć do dyspozycji prywatnego agenta AI, który przez 24 h na dobę będzie usuwał znój życia, usprawniając nasze relacje, zdrowie, karierę, finanse i wszystkie aspekty codzienności – tak, żeby każdy mógł osiągnąć wspomnianą pełnię, która zazwyczaj w wizjach tech-braci z Doliny Krzemowej oznacza… zakładanie własnego biznesu. Cóż, ja mam inne wyobrażenie na temat własnej pełni, ale może jestem po prostu po europejsku leniwa.
Co nie gra na tym obrazku?
Przeanalizujmy kilka głównych założeń tego nowego projektu – w wizji Zuckerberga ta prywatna superinteligencja będzie:
- dostępna dla wszystkich
🚩 za darmo: to brzmi znajomo; - bezpieczna
🚩 jak WhatsApp, który pomimo szyfrowania nie jest synonimem prywatności; - spersonalizowana i wszystko o nas wiedząca
🚩 zapewne dzięki danym, które Meta zbiera skrupulatnie od lat; - dostosowana do naszych wspólnych wartości
🚩które wykrystalizują się same, jak tylko wszyscy dostaniemy dostęp do tej boskiej technologii.
To wszystko obiecuje nam firma, która przez ostatnie 20 lat dowiodła, że nie wolno jej ufać. Ani w kwestii prywatności danych, transparentności technologii, metodologii rynkowej, obietnic i deklaracji, ani w kwestii naszych dzieci.
Kiedy Zuckerberg mówi, że misja Mety była od zawsze skupiona na „oddawaniu władzy w ręce ludzi”, co predestynuje ją do tego, aby stać na straży sprawiedliwej dystrybucji tej nowej technologii i urządzić nam przyszłość, ja widzę las czerwonych flag.
Misje i wizje, czyli jak bardzo delulu jest Dolina Krzemowa
Warto zastanowić się, po co w ogóle esej Zuckerberga został napisany.
Po pierwsze, to modne. Pomimo, że Dolina Krzemowa przyniosła nam w darze AI w postaci modeli językowych, które najlepiej radzą sobie właśnie z generowaniem tekstu, tech-bracia wciąż lubią komunikować się za pomocą wyrafinowanego formatu TLDR, najlepiej w postaci eseju. To taki nowy wymiar luksusu i klasowego rozwarstwienia: oni mają czas, by pisać długie teksty, ale czy my mamy czas, aby je czytać?
Po drugie, Meta od lat stara się dogonić w wyścigu AI takie firmy jak OpenAI, Anthropic czy Google. Tworzy modele otwarte, pozyskuje super specjalistów, kupuje całe zespoły i laboratoria, i integruje AI w swoich produktach. Pewnie natknęliście się na te funkcje w WhatsAppie czy na Instagramie. Esej Zuckerberga jest więc częścią PR-owej kampanii, która przybliża Metę do roli lidera wyścigu. Do tej roli potrzebna jest bowiem wizja, którą można sprzedać.
Własne wizje mają już jego konkurenci – Sam Altman, Dario Amodei, czy nawet Elon Musk – i nie są one tak sielankowe jak wersja Zuckerberga. W branży nowych technologii mówi się wręcz o porażce PR-owej, jaką ponieśli, snując przerażające scenariusze świata, w których AI zabiera nam pracę, rozsadza dotychczasowy porządek społeczny i wreszcie doprowadza do jakiejś spektakularnej katastrofy, w której znikamy jako gatunek z powierzchni ziemi. Taka narracja odniosła skutek rynkowy, czyli udało się im zwrócić uwagę inwestorów i pozyskać rekordowe dofinansowania, ale spowodowała też nieoczekiwaną reakcję zwrotną społeczeństwa, która zyskała nawet własne określenie: AI backlash.
Meta stawia na optymizm graniczący z naiwnością. W swoim eseju Zuckerberg prześlizguje się przez zagadnienia sprawiedliwości społecznej, działania zbiorowego, centralizacji władzy czy regulacji, oferując rozwiązania tych palących od wieków problemów na poziomie studenta pierwszego roku, którym pewnie pozostanie na zawsze, mimo honorowego dyplomu Harvardu.
W spocie reklamowym towarzyszącym tej kampanii narrator zwraca się do widza:
„ Nazwij nas marzycielami, optymistami – nazwij nas, do cholery, jak chcesz”
Proszę bardzo.
Nad wyraz trafnie zrobiła to już zresztą Sarah Wynn-Williams, która swoją książkę o doświadczeniu pracy w zespole Meta nazwała „Careless people”. Beztroscy ludzie. Ludzie nieostrożni, niedbali, bezwględni.
Zresztą, za tę literacką trafność autorka płaci obecnie wysoką cenę – Meta pod groźbą kar finansowych powstrzymuje ją przed wystąpieniami publicznymi związanymi z publikacją.
Ja proponuję jeszcze jeden trafny termin: delulu[III].
I VLOP – akronim od słów Very Large Online Platform (z ang. Bardzo duża platforma online), którymi określa się firmy będące właścicielami globalnych platform gromadzących duże liczby użytkowników. Do tego grona zalicza się m. in. firmy Meta (Facebook, Instagram, Whatsap), Google (YouTube), TikTok, Open AI czy Amazon.
IIFeed – główny strumień treści w tzw. mediach społecznościowych, personalizowanych przez algorytmy dla każdego użytkownika III
III Delulu – za Słownikiem Języka Polskiego: pochodzi od angielskiego słowa delusional ‘cierpiący na urojenia’. Może być nazwą osoby ogarniętej obsesją na jakimś bądź czyimś punkcie, może określać stan psychiczny osoby oderwanej od rzeczywistości, może też być przymiotnikiem zastępującym określenia: niepoważny, niewiarygodny, szalony.
